Wersal - kraina rozpusty. Cudowne
dzieło, równie uroczego Ludwiczka. Czyż jest ktoś wspanialszy od Króla Słońce?
Ktoś doskonalszy? Ktoś piękniejszy? Tak, to wszystko jest ironią. Ulubiona
rezydencja królewska była wspaniałym miejscem, jeśli chciało się kogoś poznać,
ale równocześnie niezbyt bezpiecznym, a zwłaszcza dla kobiety takiej jak ja.
Od dzieciństwa mówiono mi, że cudowniejszego
dziecka nie ma na świecie. Moje proste, blond włosy, niebieskie oczęta, które
okalał las rzęs sprawiały, że jako pannie nie brakowało mi ofert do
zamążpójścia. Jednakowoż, żaden z zalotników nie wydawał mi się odpowiedni.
Byłam tylko córką kupca, lecz pragnęłam okrzesanego i delikatnego męża. I tak
pewnego dnia, podczas targu odkryłam, że tak naprawdę nie chciałam mężczyzny,
potrzebowałam kobiety. Byłam
rozpuszczona i pewna siebie, więc bez wahania wyznałam prawdę rodzicom. Ojciec
chwycił mnie za włosy i zaprowadził w ten sposób do domu. Zamknęli mnie w
pokoju. Tamtej nocy uciekłam. Ścięłam włosy, skradłam całe rodzinne oszczędności
oraz najwytworniejsze męskie szaty, jakimi handlowano w mojej rodzinie.
Następnie zawędrowałam do gniazda
rozpusty, gdzie przedstawiłam się jako arystokrata imieniem Jean. Opity jak
zwykle Ludwik nawet nie sprawdzał czy to prawda – tak naprawdę nie obchodziło
go wcale, czy ktoś jest markizem czy nie. Ważna była tylko dobra zabawa. Tak
zamieszkałam w Wersalu.
Przeglądnęłam się w lustrze. Ozdobny
płaszcz z kokardami zasłaniał (dzięki Bogu) mój niewielki biust. Darowałam
sobie zakładanie peruki, które zawsze mnie śmieszyły. Kapelusz też wydał mi się
zbędny. Wyszłam z komnaty i skierowałam się przez nie mające końca korytarze.
Na ścianach wisiało mnóstwo obrazów przedstawiających jego wysokość – naprawdę miał
problem ze swoim ego. W końcu wyszłam na taras, gdzie miało się odbywać
dzisiejsze przyjęcie.
- Jean! – wykrzyknął uradowany król na mój widok.
- Wasza wysokość. – Skłoniłam się nisko. Lubił moje
pochlebstwa.
- Wyglądasz wspaniale. – Przyglądnął mi się, a potem dodał
rechocząc: - Szkoda, że nie jesteś kobietą!
Osoby, które dosłyszały ten komplement zaśmiały się raczej
po to, by mu się przypodobać. Wszystko, co powiedział było święte.
Również uśmiechnęłam się szeroko i dodałam:
- A teraz wybacz mi
panie, ale pójdę poszukać jakichś prawdziwych panien.
- Ja również. – Wykrzywił usta w obleśnym grymasie i pokazał
mi złotą lornetkę, którą trzymał w rękach.
* * * * *
Spotkałam ją na brzegu fontanny.
Piękna, jasnoczerwona suknia opinała jej kształtne ciało, a ciemne loki
świetnie kontrastowały z białą skórą na plecach, której strój nie zasłonił. Twarzy
na początku nie widziałam, bo dziewczę zakryło ją koronkową parasolką.
- Mówią, że aniołów nie widać – powiedziałam i usadowiłam
się koło niej – chyba jednak kłamali.
Z bliska zobaczyłam wielkie, szmaragdowe oczy, zgrabny nos i
koralowe usta.
- Jednak nie jest kłamstwem – zaczęła głosem pełnym dumy –
że arystokracja prawi banały.
- Po prostu brak mi słów na opisanie twojej urody. –
Uśmiechnęłam się szeroko.
- A mi na wyrażenie twej głupoty, panie.
- Mów mi Jean.
- Ja jestem Jeanette – przedstawiła się jakby od niechcenia.
- Miło cię poznać. – Ucałowałam jej dłoń i zerknęłam na taras.
Ludwiczek spoglądał na nas przez lornetkę. Wiedziałam co się
kroi. Polowanie.
- Radziłbym ci się stąd ulotnić. – Delikatnie chwyciłam ją w
pasie, próbując wyprowadzić dziewczynę z pola widzenia króla. – Jego wysokość
szuka królowej.
- Czy to źle? – zapytała mnie z uśmiechem, jakby tego
chciała.
- Ale tylko na tę noc.
Zmieszała
się trochę i nie protestowała więcej. Zabrałam ją w głąb ogrodu i usiadłyśmy na
drewnianej ławce. Jeanette przyglądała się z uśmiechem wielobarwnym pawiom,
spacerującym pośród kwiatów.
- Jesteś pierwszy raz w Wersalu? – zadałem pytanie.
Pokiwała głową i poprawiła sukienkę.
- A ty?
- Mieszkam tu. - Przyjrzałam się niewinnej twarzyczce, która
zdradzała także jej tylko odrobinę zadziorny charakter, podobny do mojego. –
Ile masz lat?
- Szesnaście – wyznała młodsza ode mnie o dwa lata osóbka.
Atmosfera widocznie robiła się
bardziej fortunna dla mnie. Słońce zbliżało się ku zachodowi, a my – ku sobie.
- Ciekawe jak smakują twoje usta – powiedziałam i zaczęłam
przybliżać się do jej twarzy.
Była zaskoczona, ale nie protestowała. Niestety nie
uzyskałam odpowiedzi na moje pytanie, bo usłyszałam znajomy głos.
- Panno Jeanette, czy mogę panienkę prosić na chwilę?
Cholerny Ludwiczek!
- Nie! – wrzasnęłam zdenerwowana i chwyciłam dziewczynę za
rękę.
Przebiegłyśmy przez cały ogród oraz pałac, omijając króla,
aż dobiegłyśmy do mojej komnaty. Zamknęłam szybko drzwi i powiedziałam:
- Teraz lepiej.
Przywarłam do jej ust, kiedy ona niespodziewanie rozpięła
moją koszulę i włożyła tam ręce, po czym powiedziała szokując mnie:
- Cały czas miałam nadzieję, że są większe.
Pisałam Ci już, Riwenko, że bardzo mi się podoba ten łanszot?
OdpowiedzUsuńZapewne tak.
Ale po raz kolejny nie zaszkodzi.
Podoba mi się bardzo. D: