Tamten
dzień pamiętam z każdym, najdrobniejszym nawet szczegółem, choć wiele z mego
wcześniejszego życia zapomniałam. Było tak, jak gdybym zaczynała życie od
początku. Słońce przygrzewało
niemiłosiernie, a na niebie nie było ani jednej chmury. Smród wiecznego miasta
unosił się po jego ulicach, smętnym spacerem docierając zarówno do domów
biednych jak i bogatych. Mocz, pot,
zgnilizna oraz błoto – wszystko to mieszało się w potwornym zaduchu. Mimo, że było jeszcze dosyć wcześnie, po
ulicach spacerował tłum ludzi, jednak najwięcej ich było na targu. Zależnie od
ich szczęścia, bądź jego braku byli kupującymi, albo towarem.
Należałam
do tej drugiej grupy, jednak można stwierdzić, że i my nie mieliśmy wcale
takiego wielkiego pecha. Przeżyliśmy, podczas gdy nasi krewni konali na naszych
oczach. Ich ciało porzucano w rowach dróg, na których ginęli. Z wyczerpania,
głodu, pragnienia, zimna. Ja nie miałam nikogo oprócz siebie, więc nie musiałam
patrzeć na śmierć bliskich, a przynajmniej wtedy. Członkowie mojej rodziny
zginęli wcześniej, nie pamiętam nawet jak. Moja pamięć wyrzuciła to
wspomnienie. I dobrze.
Sama
podróż była koszmarem, więc łudziliśmy się czasem, że później będzie lepiej, że
dadzą nam jakąś pracę, może role do uprawy. Byliśmy tacy naiwni i jednocześnie
zbyt dumni, by przyznać, że nigdy nie doznamy takiej wolności, że już zawsze
będziemy skazani na kaprysy naszych panów. W naszym małym świecie wszyscy
byliśmy sobie równi, nie potrafiliśmy pojąć, że nie może być inaczej.
Tak
dotarliśmy do Rzymu. Straszni barbarzyńcy z północy okuci w żelazne kajdany u
nóg, posiniaczeni, kierowani na targ niewolników. Upchnięto nas przy drewnianym
podeście i obdarto z resztek postrzępionych szat. Otaczał nas rozwrzeszczany
tłum, dla którego byliśmy jednie towarem i to niezbyt cennym. Wpatrywali się na nas, oczami wprawnych
kupców. Chcieli pośród wynędzniałych znaleźć jakichś w dobrym stanie, co było
jednak wyzwaniem.
Zaczęto
po kolei wyciągać nas na podniesienie – licytacja się zaczęła. Nie bez powodu
najpierw sprzedawano jasnowłosych. Oni byli uznawani za najpiękniejszych, choć
droższych, ale prawie pewne było to, iż szybko zostaną kupieni. Patrzyłam na
mych braci z rozpaczą w oczach. Jeden za drugim stawali się czyimiś
podwładnymi, kierowanymi przez innych niewolników do swego nowego… Domu?
W
końcu i na mnie przyszła kolej. Stanęłam jak wszyscy przede mną zupełnie naga,
osaczona badawczymi spojrzeniami. Słyszałam krzyki, z których niewiele
rozumiałam – mieszanina obcych mi języków. Wpatrywałam się w twarze bez
jakichkolwiek emocji, choć tak naprawdę chciałam płakać, jednak przeklęta
pycha, niezłamana batem, wciąż dawała o sobie znać. W pewnym sensie byłam dumna
ze swej podstawy, lecz cichy głosik w mojej głowie uświadamiał mi, że przecież
to dopiero początek…