środa, 30 stycznia 2013

1. To przecież dopiero początek



Tamten dzień pamiętam z każdym, najdrobniejszym nawet szczegółem, choć wiele z mego wcześniejszego życia zapomniałam. Było tak, jak gdybym zaczynała życie od początku.  Słońce przygrzewało niemiłosiernie, a na niebie nie było ani jednej chmury. Smród wiecznego miasta unosił się po jego ulicach, smętnym spacerem docierając zarówno do domów biednych jak i bogatych.  Mocz, pot, zgnilizna oraz błoto – wszystko to mieszało się w potwornym zaduchu.  Mimo, że było jeszcze dosyć wcześnie, po ulicach spacerował tłum ludzi, jednak najwięcej ich było na targu. Zależnie od ich szczęścia, bądź jego braku byli kupującymi, albo towarem.
Należałam do tej drugiej grupy, jednak można stwierdzić, że i my nie mieliśmy wcale takiego wielkiego pecha. Przeżyliśmy, podczas gdy nasi krewni konali na naszych oczach. Ich ciało porzucano w rowach dróg, na których ginęli. Z wyczerpania, głodu, pragnienia, zimna. Ja nie miałam nikogo oprócz siebie, więc nie musiałam patrzeć na śmierć bliskich, a przynajmniej wtedy. Członkowie mojej rodziny zginęli wcześniej, nie pamiętam nawet jak. Moja pamięć wyrzuciła to wspomnienie. I dobrze.
Sama podróż była koszmarem, więc łudziliśmy się czasem, że później będzie lepiej, że dadzą nam jakąś pracę, może role do uprawy. Byliśmy tacy naiwni i jednocześnie zbyt dumni, by przyznać, że nigdy nie doznamy takiej wolności, że już zawsze będziemy skazani na kaprysy naszych panów. W naszym małym świecie wszyscy byliśmy sobie równi, nie potrafiliśmy pojąć, że nie może być inaczej.
Tak dotarliśmy do Rzymu. Straszni barbarzyńcy z północy okuci w żelazne kajdany u nóg, posiniaczeni, kierowani na targ niewolników. Upchnięto nas przy drewnianym podeście i obdarto z resztek postrzępionych szat. Otaczał nas rozwrzeszczany tłum, dla którego byliśmy jednie towarem i to niezbyt cennym.  Wpatrywali się na nas, oczami wprawnych kupców. Chcieli pośród wynędzniałych znaleźć jakichś w dobrym stanie, co było jednak wyzwaniem.
Zaczęto po kolei wyciągać nas na podniesienie – licytacja się zaczęła. Nie bez powodu najpierw sprzedawano jasnowłosych. Oni byli uznawani za najpiękniejszych, choć droższych, ale prawie pewne było to, iż szybko zostaną kupieni. Patrzyłam na mych braci z rozpaczą w oczach. Jeden za drugim stawali się czyimiś podwładnymi, kierowanymi przez innych niewolników do swego nowego… Domu?
W końcu i na mnie przyszła kolej. Stanęłam jak wszyscy przede mną zupełnie naga, osaczona badawczymi spojrzeniami. Słyszałam krzyki, z których niewiele rozumiałam – mieszanina obcych mi języków. Wpatrywałam się w twarze bez jakichkolwiek emocji, choć tak naprawdę chciałam płakać, jednak przeklęta pycha, niezłamana batem, wciąż dawała o sobie znać. W pewnym sensie byłam dumna ze swej podstawy, lecz cichy głosik w mojej głowie uświadamiał mi, że przecież to dopiero początek…

piątek, 25 stycznia 2013

I nie bądź Ikarem poeto

Również staroć, bo trzyletni już wiersz, ale ważny dla mnie ze względu na jego historię.

I nie bądź Ikarem poeto

Nie bądź Ikarem poeto,
Nie wzlatuj do nieba, 
Ciesząc się krótkim blaskiem,
Bo ulotne są chwile,
Gdy pięknym ten lot Ci się zdaje,
I nie bądź Ikarem poeto,
Nie chowaj się sam przed sobą,
Marzenia są dla ludzi,
A zwłaszcza dla  poetów,
I nie bądź Ikarem poeto,
I nie bądź Dedalem poeto,
  Bądź sobą,
   Bądź poetą.

czwartek, 24 stycznia 2013

Ludwiczek na Wersalce

Nie potrafię pisać wstępów, więc bez niego zacznę. Oto krótki shot sprzed pół roku o miłości damsko-damskiej, po małym retuszu.



Wersal - kraina rozpusty. Cudowne dzieło, równie uroczego Ludwiczka. Czyż jest ktoś wspanialszy od Króla Słońce? Ktoś doskonalszy? Ktoś piękniejszy? Tak, to wszystko jest ironią. Ulubiona rezydencja królewska była wspaniałym miejscem, jeśli chciało się kogoś poznać, ale równocześnie niezbyt bezpiecznym, a zwłaszcza dla kobiety takiej jak ja.
 Od dzieciństwa mówiono mi, że cudowniejszego dziecka nie ma na świecie. Moje proste, blond włosy, niebieskie oczęta, które okalał las rzęs sprawiały, że jako pannie nie brakowało mi ofert do zamążpójścia. Jednakowoż, żaden z zalotników nie wydawał mi się odpowiedni. Byłam tylko córką kupca, lecz pragnęłam okrzesanego i delikatnego męża. I tak pewnego dnia, podczas targu odkryłam, że tak naprawdę nie chciałam mężczyzny, potrzebowałam kobiety. Byłam rozpuszczona i pewna siebie, więc bez wahania wyznałam prawdę rodzicom. Ojciec chwycił mnie za włosy i zaprowadził w ten sposób do domu. Zamknęli mnie w pokoju. Tamtej nocy uciekłam. Ścięłam włosy, skradłam całe rodzinne oszczędności oraz najwytworniejsze męskie szaty, jakimi handlowano w mojej rodzinie.
Następnie zawędrowałam do gniazda rozpusty, gdzie przedstawiłam się jako arystokrata imieniem Jean. Opity jak zwykle Ludwik nawet nie sprawdzał czy to prawda – tak naprawdę nie obchodziło go wcale, czy ktoś jest markizem czy nie. Ważna była tylko dobra zabawa. Tak zamieszkałam w Wersalu.
Przeglądnęłam się w lustrze. Ozdobny płaszcz z kokardami zasłaniał (dzięki Bogu) mój niewielki biust. Darowałam sobie zakładanie peruki, które zawsze mnie śmieszyły. Kapelusz też wydał mi się zbędny. Wyszłam z komnaty i skierowałam się przez nie mające końca korytarze. Na ścianach wisiało mnóstwo obrazów przedstawiających jego wysokość – naprawdę miał problem ze swoim ego. W końcu wyszłam na taras, gdzie miało się odbywać dzisiejsze przyjęcie.
- Jean! – wykrzyknął uradowany król na mój widok.
- Wasza wysokość. – Skłoniłam się nisko. Lubił moje pochlebstwa.
- Wyglądasz wspaniale. – Przyglądnął mi się, a potem dodał rechocząc: - Szkoda, że nie jesteś kobietą!
Osoby, które dosłyszały ten komplement zaśmiały się raczej po to, by mu się przypodobać. Wszystko, co powiedział było święte.
Również uśmiechnęłam się szeroko i dodałam:
- A teraz wybacz  mi panie, ale pójdę poszukać jakichś prawdziwych panien.
- Ja również. – Wykrzywił usta w obleśnym grymasie i pokazał mi złotą lornetkę, którą trzymał w rękach.
* * * * *
Spotkałam ją na brzegu fontanny. Piękna, jasnoczerwona suknia opinała jej kształtne ciało, a ciemne loki świetnie kontrastowały z białą skórą na plecach, której strój nie zasłonił. Twarzy na początku nie widziałam, bo dziewczę zakryło ją koronkową parasolką.
- Mówią, że aniołów nie widać – powiedziałam i usadowiłam się koło niej – chyba jednak kłamali.
Z bliska zobaczyłam wielkie, szmaragdowe oczy, zgrabny nos i koralowe usta.
- Jednak nie jest kłamstwem – zaczęła głosem pełnym dumy – że arystokracja prawi banały.
- Po prostu brak mi słów na opisanie twojej urody. – Uśmiechnęłam się szeroko.
- A mi na wyrażenie twej głupoty, panie.
- Mów mi Jean.
- Ja jestem Jeanette – przedstawiła się jakby od niechcenia.
- Miło cię poznać. – Ucałowałam jej dłoń i zerknęłam na taras.
Ludwiczek spoglądał na nas przez lornetkę. Wiedziałam co się kroi. Polowanie.
- Radziłbym ci się stąd ulotnić. – Delikatnie chwyciłam ją w pasie, próbując wyprowadzić dziewczynę z pola widzenia króla. – Jego wysokość szuka królowej.
- Czy to źle? – zapytała mnie z uśmiechem, jakby tego chciała.
- Ale tylko na tę noc.
            Zmieszała się trochę i nie protestowała więcej. Zabrałam ją w głąb ogrodu i usiadłyśmy na drewnianej ławce. Jeanette przyglądała się z uśmiechem wielobarwnym pawiom, spacerującym pośród kwiatów.
- Jesteś pierwszy raz w Wersalu? – zadałem pytanie.
Pokiwała głową i poprawiła sukienkę.
- A ty?
- Mieszkam tu. - Przyjrzałam się niewinnej twarzyczce, która zdradzała także jej tylko odrobinę zadziorny charakter, podobny do mojego. – Ile masz lat?
- Szesnaście – wyznała młodsza ode mnie o dwa lata osóbka.
Atmosfera widocznie robiła się bardziej fortunna dla mnie. Słońce zbliżało się ku zachodowi, a my – ku sobie.
- Ciekawe jak smakują twoje usta – powiedziałam i zaczęłam przybliżać się do jej twarzy.
Była zaskoczona, ale nie protestowała. Niestety nie uzyskałam odpowiedzi na moje pytanie, bo usłyszałam znajomy głos.
- Panno Jeanette, czy mogę panienkę prosić na chwilę?
Cholerny Ludwiczek!
- Nie! – wrzasnęłam zdenerwowana i chwyciłam dziewczynę za rękę.
Przebiegłyśmy przez cały ogród oraz pałac, omijając króla, aż dobiegłyśmy do mojej komnaty. Zamknęłam szybko drzwi i powiedziałam:
- Teraz lepiej.
Przywarłam do jej ust, kiedy ona niespodziewanie rozpięła moją koszulę i włożyła tam ręce, po czym powiedziała szokując mnie:
- Cały czas miałam nadzieję, że są większe.
Szablon wykonała Agata dla WioskaSzablonów.