czwartek, 24 stycznia 2013

Ludwiczek na Wersalce

Nie potrafię pisać wstępów, więc bez niego zacznę. Oto krótki shot sprzed pół roku o miłości damsko-damskiej, po małym retuszu.



Wersal - kraina rozpusty. Cudowne dzieło, równie uroczego Ludwiczka. Czyż jest ktoś wspanialszy od Króla Słońce? Ktoś doskonalszy? Ktoś piękniejszy? Tak, to wszystko jest ironią. Ulubiona rezydencja królewska była wspaniałym miejscem, jeśli chciało się kogoś poznać, ale równocześnie niezbyt bezpiecznym, a zwłaszcza dla kobiety takiej jak ja.
 Od dzieciństwa mówiono mi, że cudowniejszego dziecka nie ma na świecie. Moje proste, blond włosy, niebieskie oczęta, które okalał las rzęs sprawiały, że jako pannie nie brakowało mi ofert do zamążpójścia. Jednakowoż, żaden z zalotników nie wydawał mi się odpowiedni. Byłam tylko córką kupca, lecz pragnęłam okrzesanego i delikatnego męża. I tak pewnego dnia, podczas targu odkryłam, że tak naprawdę nie chciałam mężczyzny, potrzebowałam kobiety. Byłam rozpuszczona i pewna siebie, więc bez wahania wyznałam prawdę rodzicom. Ojciec chwycił mnie za włosy i zaprowadził w ten sposób do domu. Zamknęli mnie w pokoju. Tamtej nocy uciekłam. Ścięłam włosy, skradłam całe rodzinne oszczędności oraz najwytworniejsze męskie szaty, jakimi handlowano w mojej rodzinie.
Następnie zawędrowałam do gniazda rozpusty, gdzie przedstawiłam się jako arystokrata imieniem Jean. Opity jak zwykle Ludwik nawet nie sprawdzał czy to prawda – tak naprawdę nie obchodziło go wcale, czy ktoś jest markizem czy nie. Ważna była tylko dobra zabawa. Tak zamieszkałam w Wersalu.
Przeglądnęłam się w lustrze. Ozdobny płaszcz z kokardami zasłaniał (dzięki Bogu) mój niewielki biust. Darowałam sobie zakładanie peruki, które zawsze mnie śmieszyły. Kapelusz też wydał mi się zbędny. Wyszłam z komnaty i skierowałam się przez nie mające końca korytarze. Na ścianach wisiało mnóstwo obrazów przedstawiających jego wysokość – naprawdę miał problem ze swoim ego. W końcu wyszłam na taras, gdzie miało się odbywać dzisiejsze przyjęcie.
- Jean! – wykrzyknął uradowany król na mój widok.
- Wasza wysokość. – Skłoniłam się nisko. Lubił moje pochlebstwa.
- Wyglądasz wspaniale. – Przyglądnął mi się, a potem dodał rechocząc: - Szkoda, że nie jesteś kobietą!
Osoby, które dosłyszały ten komplement zaśmiały się raczej po to, by mu się przypodobać. Wszystko, co powiedział było święte.
Również uśmiechnęłam się szeroko i dodałam:
- A teraz wybacz  mi panie, ale pójdę poszukać jakichś prawdziwych panien.
- Ja również. – Wykrzywił usta w obleśnym grymasie i pokazał mi złotą lornetkę, którą trzymał w rękach.
* * * * *
Spotkałam ją na brzegu fontanny. Piękna, jasnoczerwona suknia opinała jej kształtne ciało, a ciemne loki świetnie kontrastowały z białą skórą na plecach, której strój nie zasłonił. Twarzy na początku nie widziałam, bo dziewczę zakryło ją koronkową parasolką.
- Mówią, że aniołów nie widać – powiedziałam i usadowiłam się koło niej – chyba jednak kłamali.
Z bliska zobaczyłam wielkie, szmaragdowe oczy, zgrabny nos i koralowe usta.
- Jednak nie jest kłamstwem – zaczęła głosem pełnym dumy – że arystokracja prawi banały.
- Po prostu brak mi słów na opisanie twojej urody. – Uśmiechnęłam się szeroko.
- A mi na wyrażenie twej głupoty, panie.
- Mów mi Jean.
- Ja jestem Jeanette – przedstawiła się jakby od niechcenia.
- Miło cię poznać. – Ucałowałam jej dłoń i zerknęłam na taras.
Ludwiczek spoglądał na nas przez lornetkę. Wiedziałam co się kroi. Polowanie.
- Radziłbym ci się stąd ulotnić. – Delikatnie chwyciłam ją w pasie, próbując wyprowadzić dziewczynę z pola widzenia króla. – Jego wysokość szuka królowej.
- Czy to źle? – zapytała mnie z uśmiechem, jakby tego chciała.
- Ale tylko na tę noc.
            Zmieszała się trochę i nie protestowała więcej. Zabrałam ją w głąb ogrodu i usiadłyśmy na drewnianej ławce. Jeanette przyglądała się z uśmiechem wielobarwnym pawiom, spacerującym pośród kwiatów.
- Jesteś pierwszy raz w Wersalu? – zadałem pytanie.
Pokiwała głową i poprawiła sukienkę.
- A ty?
- Mieszkam tu. - Przyjrzałam się niewinnej twarzyczce, która zdradzała także jej tylko odrobinę zadziorny charakter, podobny do mojego. – Ile masz lat?
- Szesnaście – wyznała młodsza ode mnie o dwa lata osóbka.
Atmosfera widocznie robiła się bardziej fortunna dla mnie. Słońce zbliżało się ku zachodowi, a my – ku sobie.
- Ciekawe jak smakują twoje usta – powiedziałam i zaczęłam przybliżać się do jej twarzy.
Była zaskoczona, ale nie protestowała. Niestety nie uzyskałam odpowiedzi na moje pytanie, bo usłyszałam znajomy głos.
- Panno Jeanette, czy mogę panienkę prosić na chwilę?
Cholerny Ludwiczek!
- Nie! – wrzasnęłam zdenerwowana i chwyciłam dziewczynę za rękę.
Przebiegłyśmy przez cały ogród oraz pałac, omijając króla, aż dobiegłyśmy do mojej komnaty. Zamknęłam szybko drzwi i powiedziałam:
- Teraz lepiej.
Przywarłam do jej ust, kiedy ona niespodziewanie rozpięła moją koszulę i włożyła tam ręce, po czym powiedziała szokując mnie:
- Cały czas miałam nadzieję, że są większe.

1 komentarz:

  1. Pisałam Ci już, Riwenko, że bardzo mi się podoba ten łanszot?
    Zapewne tak.
    Ale po raz kolejny nie zaszkodzi.
    Podoba mi się bardzo. D:

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała Agata dla WioskaSzablonów.